RSS
środa, 05 kwietnia 2006
Największe katastrofy na Bałtyku w 1945 roku
W wyniku postępów wojsk sowieckich, zimą 1944/1945 roku ludność cywilna zaczęła bezpośrednio odczuwać skutki wojny. Wielokilometrowe kolumny uciekinierów i wysiedleńców z obszarów, przez które przebiegała linia frontu, były coraz liczniejsze. Pierwsza fala uchodźców z Prus Wschodnich i okolic Kłajpedy, licząca ok. 600 tysięcy osób, dotarła na Pomorze Gdańskie już jesienią 1944 roku. Kolejny exodus ludności nastąpił w styczniu 1945 roku. Część z nich opuszczała Pomorze Gdańskie w specjalnych pociągach, samochodami i pieszo. Ponieważ droga lądowa prowadząca na zachód, wzdłuż wybrzeża, była coraz węższa, uciekinierzy stłoczyli się w portach mając nadzieję na ucieczkę droga morską. Niemiecka marynarka rozpoczęła ewakuację, setki tysięcy uciekinierów. Od 25 stycznia do 8 maja 1945 roku, droga morską wywieziono ponad 2 miliony osób. W niniejszej pracy chciałam przedstawić 3 największe katastrofy morskie, które wstrząsnęły społeczeństwem niemieckim w 1945 roku i do dziś budzą wielkie emocje wśród historyków. Mowa będzie o tragediach, jakie rozegrały się na pokładach statków "Wilhelm Gustloff", "General von Steuben" oraz "Goya". "Wilhelm Gustloff"- tragedia tego okrętu jest znana większości osób związanych z eksploracją m.in. z tego powodu, iż według niektórych plotek, miał on przewozić w ładowni Bursztynową Komnatę. To dlatego zaraz po wojnie wrak tego statku przez kilka lat skrupulatnie penetrowali radzieccy nurkowie. Z transportowcem tym związana jest jednak tragedia większa niż zatonięcie dobytku, może nawet dzieł sztuki. Stał się on grobowcem kilku tysięcy osób. Okręt zbudowany został w hamburskiej stoczni w 1937 roku. Miał 208 m długości i wyporność ponad 25 tys. BRT oraz rozwijał prędkość 15,5 węzła. Jak przystało na statek pasażerski posiadał 221 kabin dwuosobowych oraz 239 kabin czteroosobowych. Już 22 stycznia 1936 roku, gdy składano zamówienie na jego budowę planowano propagandowo ochrzcić go imieniem "Adolf Hitler", lecz führer miał inne plany i nie wyraził na to zgody. Zaproponował nazwanie statku imieniem "męczennika" III Rzeszy, szwajcarskiego przywódcy NSDAP - Wilhelma Gustloffa, zastrzelonego 4 lutego 1936 r. przez młodego żydowskiego studenta, Davida Frankfurtera. Transportowiec zwodowano uroczyście 5 maja 1937 r., a matką chrzestną była wdowa po zastrzelonym Wilhelmie Gustloffie - Hedwig Gustloff. Podczas uroczystości obecni byli wszyscy dostojnicy III Rzeszy z Adolfem Hitlerem na czele. Sam wódz miał zresztą na statku swój osobisty apartament. Od 10 września 1939 roku, po małej przebudowie "Gustloffa" zmienił swoje przeznaczenie z pasażerskiego, który zabierał na pokład ok. 1465 osób, na statek szpitalny. Od 1940 roku statek stał się bazą szkoleniową dla załóg okrętów podwodnych "II U-boot Leer Devision", która znajdowała się w Gdyni. Tę funkcję sprawował do stycznia 1945 roku. 21 stycznia kapitan statku Friedrich Petersen, otrzymał rozkaz by przygotować "Gustloffa" do ewakuacji uchodźców. Zaokrętowano ok. 3750 świeżo wyszkolonych w Gdyni marynarzy - specjalistów podwodnego pływania z II Dywizjonu Szkoleniowego Okrętów Podwodnych, kilkuset rannych żołnierzy, dziewczęta ze służby pomocniczej marynarki oraz kilka tysięcy cywilnych uciekinierów. Nie jest znana dokładna liczba osób, które zamierzały uciec statkiem do Niemiec. Historycy niemieccy oscylują miedzy liczbą 4658 a 6100 osobami. Według oficjalnego raportu na statku miało się znajdować ok. 6050 osób. Jest to jednak liczba zaniżona. Wielu uciekinierów przekupywało marynarzy, by tylko dostać swoją szansę ucieczki. Mówi się o liczbie 8000. 29 stycznia statek nie mógł opuścić portu, gdyż był tak przeładowany, iż wezwano na pomoc pogłębiarkę.

Wyruszył następnego dnia wraz z eskortującym go torpedowcem "Lowe" przy sile wiatru 5 stopni i stanie morza 4 oraz szalejącej zamieci śnieżnej. Z powodu wzburzonego morza i wysokiej fali "Lowe" nie mógł płynąć zygzakami, jak wówczas zalecano. Podobnie "Gustloff" utrzymywał kurs po prostej gdyż kapitan Petersen obawiał się czasochłonnego obciążenia statku. Prędkość nie przekraczała 12 węzłów. Przejście "Gustloffa" zostało starannie przygotowane. Okręt miał pod osłoną nocy przemknąć przez najniebezpieczniejsze rejony między Rozewiem i wyspą Bornholm. Dodatkowo brak było meldunków o nieprzyjacielskich okrętach podwodnych w tym terenie. Jednak koło godziny 19.00 w okolicach Helu znajdowała się sowiecka łódź podwodna "S-13", której dowódcą był komandor podporucznik Aleksander Marinesko. Przy tak złej pogodzie ni"""e mógł on utrzymać statku na głębokości peryskopowej, ani wynurzyć kiosku, gdyż łódź stałaby się łatwym celem dla Niemców. Komandor postawił wszystko na jedną kartę i rozkazał wynurzenie. Bardzo szybko z kiosku zauważono kontur wielkiego statku pasażerskiego przed prawą burtą. Marinesko zmienił kurs i powoli zaczął zbliżać się do statku. Musiał najpierw wyprzedzić swój cel i dopiero się zanurzyć nim rozpocznie atak torpedowy. Ok. godziny 21.08 „S-13” zajęła dogodna pozycje do ataku. W tym momencie "Gustloff" znajdował się między Ustką a Łebą. Wystrzelono w jego kierunku 4 torpedy. Pierwsza z nich osiągnęła cel 8 minut później, rozrywając poszycie dziobu. Druga zniszczyła mostek kapitański. Trzecia trafiła w maszynownię, natomiast czwarta utknęła w luku i dopiero po 30 minutach opuściła wyrzutnię. Na "Wilhelmie Gustloffie" eksplozje wywołały panikę. Statek natychmiast przechylił się o 5 stopni na lewą burtę. Nie wszystkie łodzie można było spuścić, gdyż żurawiki były mocno oblodzone. Kilka łodzi odczepiono zbyt wcześnie i wpadły do morza, inne przewracały się na falach z powodu przeciążenia. Na pokładzie walczono o tratwy ratunkowe, dochodziło do bójek, nawet padały strzały. Na zewnątrz panowała temperatura około -18 stopni Celsjusza. Każdy, kto dostał się do wody zamarzał w ciągu kilku minut. Około godziny 22.00 statek całkowicie zanurzył się w morzu. Uratowało się zaledwie 1252 osoby, z czego np. w Kołobrzegu schronienie znalazło 472 osoby uratowane przez kuter torpedowy. Wśród uratowanych byli trzej dowódcy Friedrich Petersen, Heintz Koller oraz Harry Weller. Drugą wielka katastrofą na Morzu Bałtyckim było zatopienie transportowca "General von Steuben". Był jednym z najbardziej luksusowych przedwojennych liniowców pasażerskich. Miał 168 metrów długości, 14 660 BRT i należał do północno-niemieckiego przedsiębiorstwa żeglugowego "Lloyd" w Bremie. Zwodowany pod nazwą "München" w 1923 roku w szczecińskiej stoczni "Vulkan", był jednym z najstarszych niemieckich statków handlowych i jednym z pierwszych, który zaczął pływać w rejsy dalekomorskie. Podczas jednego z nich - do Nowego Jorku - został niemal doszczętnie zniszczony przez pożar w porcie. Po odbudowie w 1931 roku przechrzczono go na cześć niemieckiego bohatera Wojny Secesyjnej w USA na "General von Steuben" i wznowiono rejsy transatlantyckie, po Morzu Śródziemnym i Bałtyku. Statek cieszył się ogromną popularnością wśród pasażerów, szczególnie po remoncie w 1938 r., od kiedy to zyskał sobie renomę najbardziej luksusowego i k""omfortowego parowca tego typu. W prospektach nazywano go "Pięknym białym Steubenem". W tym samym roku nazwę oficjalnie skrócono też do "Steuben".

Na zdjęciach, jakie zachowały się z tamtego okresu można podziwiać wysmakowane wnętrza kabin inspirowane secesją, przytulne salony koncertowe i stylowe palarnie cygar. Po wybuchu II wojny światowej statek pełnił rolę okrętu-bazy, a od 1 sierpnia 1944 r. służył jako transportowiec do przewozu rannych żołnierzy. W tym czasie elegancka biel kadłuba musiała ustąpić maskującym wojskowym odcieniom szarości, a pokłady zaludniane dawniej przez wczasowiczów zeszpeciło pojawienie się 12 działek przeciwlotniczych."Steuben" uczestniczył w ewakuacji wojsk i ludności cywilnej uciekającej w 1945 roku przed Armią Czerwoną. W ostatni rejs wyruszył w lutym z portu w Piławie. 9 lutego, już od godzin rannych rozpoczął przyjmowanie, o ile tak to można określić, szturmujących trap uciekinierów. Pierwszeństwo wszakże mieli ranni żołnierze. Dla uchodźców nie miało to wszakże istotnego znaczenia. Najważniejsze było, żeby wcisnąć się pomiędzy rannych i znaleźć się, na zbawczym, jak sądzono pokładzie. Na statku znajdowało się 1467 ciężko rannych i 1213 rannych mogących poruszać się na własnych siłach, ok. 900 uchodźców oraz personel medyczny z Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Razem z załogą około 4 tysiące ludzi. Ciężko ranni żołnierze umieszczeni zostali na pokładzie spacerowym na rozłożonych materacach, lżej ranni na dolnych pokładach. Pomiędzy nich wcisnęli się uciekinierzy. W tłoku z trudem poruszały się siostry i sanitariusze oraz 400-osobowa załoga. Dokładne liczby nie są znane, gdyż w tak nerwowych warunkach brak było możności rejestrowania i sprawdzania. "General von Steuben" miał jak najszybciej dotrzeć do Kilonii, wyładować rannych i uciekinierów, zabrać posiłki i wejść do Piławy po dalszy transport rannych. Jedyną eskortę dla statku stanowił torpedowiec „T 196”, uzbrojony w 2 działa 105 mm, 4 wyrzutnie torpedowe i wyrzutnie bomb głębinowych, wyposażony ponadto w urządzenie do wykrywania okrętów podwodnych. Dowództwo niemieckie liczyło, iż transportowiec dysponuje wystarczająca prędkością by niepostrzeżenie przejść przez Zatokę Gdańską, a następnie przemierzyć przestrzeń miedzy Rozewiem a Ławicą Słupską. Było to konieczne także z tego powodu, gdyż statek nie był wyposażony w dostateczną ilość środków ratunkowych. Dla uratowania ponad 3000 ludzi, być może nawet 3500 nie wystarczałoby szalup i tratw, a nawet kamizelek ratunkowych. Ich przydatność, przy konieczności ewentualnego przebywania w lodowatej wodzie była iluzoryczna. Statek poruszał się z prędkością10 do 12 węzłów. "General von Steuben" został wykryty w rejonie na północny-wschód od Rozewia przez sowiecką łódź podwodną "S-13", ta samą, która 10 dni wcześniej zatopiła "Wilhelma Gustloffa". Dowódca łodzi komandor Marinesko, natychmiast chciał wystrzelić torpedy, jednak niespodziewanie towarzyszący "Steubenowi" torpedowiec "T 196" wykonał zwrot i z dużą prędkością zaczął podążać wprost na okręt podwodny. "S-13" zmuszony został do zanurzenia, aby uniknąć staranowania. Gdy niebezpieczeństwo minęło komandor Marinesko rozpoczął pościg za niemieckim okrętem. Dopiero 50 min po północy, 10 lutego, w rejonie na wschód od Ławicy Słupskiej, "S-13" wystrzelił dwie torpedy. Pierwsza trafiła kadłub na wysokości pomostu, druga - kotłowni. Statek utrzymał się na powierzchni wody zaledwie kilka chwil, po czym zatonął. Wkrótce nastąpiły dalsze eksplozje, prawdopodobnie wybuchły znajdujące się pod pełnym ciśnieniem kotły. Powstała straszliwa panika. Nie było żadnej możliwości zorganizowania ewakuacji i ratunku. Tylko nieliczni zdołali przedostać się z dziobowej części na pokład, ale to jeszcze nie oznaczało ratunku. Ześlizgiwali się więc do lodowatej wody razem ze skrzyniami i tratwami ratunkowymi. W parę minut od wybuchu torped pokład dziobowy zanurzył się aż do przedniego komina - statek położył się na prawą burtę. Załoga nie mogła spuścić łodzi ratunkowych, ani tratw nie tylko dlatego, że żurawiki były oblodzone, lecz ponieważ utrudniali to ludzie oblepiający je, walczący o miejsce. Akcja ratunkowa niewiele dała. Eskortujący torpedowiec wpierw usiłował zniszczyć okręt podwodny, gdy powrócił na miejsce katastrofy dla wielu było to już za późno. Uratowano tylko 300 osób, przeważnie żołnierzy. Trzecim wielkim cmentarzyskiem w Bałtyku jest wrak "Goyi". Statek ten został zwodowany jako chłodnicowiec w kwietniu 1940 roku w stoczni w Oslo. Jego wyporność wynosiła 5230 BRT. Rozwijał prędkość do 18 węzłów. Po zajęciu Norwegii przez Niemców przejęła go Kriegsmarine w 1941 roku, która dokończyła budowę i wcieliła go jako zaopatrzeniowca U-bootów. Od jesieni 1944 roku pełnił funkcję transportowca dla wojska. Od 1945 roku "Goyę" wykorzystywano jako transportowiec do ewakuacji niemieckich uciekinierów z Prus Wschodnich na Zachód. W swoich wcześniejszych 4 rejsach statek ten przewiózł bezpiecznie około 20 000 osób. 16 kwietnia 1945 roku ok. godziny 19.00 statek opuścił redę na Helu. Na pokładzie znajdowało się ok. 7000 osób, z czego sporą część stanowili żołnierze. "Goya" płynęła w konwoju z mniejszymi transportowcami "Kronenfels" i "Aegir", osłonę konwoju tworzyły dwa stawiacze min "M 256" i "M 328". Konwój poruszał się z prędkością 11 węzłów. Około 23.30 "Kronenfels" zatrzymał się z powodu awarii silnika, pozostałe statki stanęły i czekały aż uszkodzenie zostanie usunięte, nastąpiło to dopiero po godzinie. Krótko po tym jak konwój ruszył ponownie "Goya" został namierzony przez radziecką łódź podwodną "L-3" pod dowództwem Władimira Konstantinowicza Konowałowa. Przed północą, w odległości kilkunastu mil od Rozewia, "L-3" wystrzelił 4 torpedy, z których 2 trafiły w statek. Jedna trafiła w zbiorniki paliwa powodując eksplozję, która złamała t"ransportowiec w pół. W ciągu kilku minut statek znalazł się pod wodą. Okręty, które towar"""zyszyły "Goyi" w konwoju popłynęły dalej, żeby uciec z obszaru zagrożonego atakiem, a oba stawiacze min ruszyły w pościg za łodzią podwodną. Gdy "M 328" powrócił na miejsce katastrofy udało mu się wyłowić tylko ok. 100 rozbitków, a wśród nich tylko 4 osoby cywilne. Drugi stawiacz min uratował 82 osoby - samych żołnierzy. Mimo, iż był kwiecień, woda miała zaledwie 3 stopnie Celsjusza. Zginęło około 6800 osób. Była to i jest do tej pory, największa katastrofa morska w dziejach ludzkości. Za swój "wyczyn" Władimir Konstantinowicz Konowałow otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Wrak "Steubena" jest obok "Wilhelma Gustloffa" i "Goyi" największym grobowcem spoczywającym na dnie w rejonie polskiego wybrzeża. Przypomina nam wydarzenia, które nie powinny się powtórzyć. Jest przestrogą i lekcją. Można postawić sobie pytanie dlaczego Sowieci torpedowali statki powszechnie uważane za okręty szpitalne, jak to miało miejsce w przypadku "Gustloffa" i "Steubena". Odpowiada za to niemieckie dowództwo wojskowe. 19 lipca 1941 roku i 27 lutego 1942 roku rosyjski minister spraw zagranicznych Mołotow oświadczył placówkom dyplomatycznym Szwecji, Wielkiej Brytanii, Japonii i Bułgarii w Moskwie, że chociaż Związek Radziecki nie jest sygnatariuszem konwencji haskiej o prawach wojny, uznałby ten układ za obowiązujący na swoim terytorium, gdyby Niemcy uczynili to samo. Na oba wystąpienia Niemcy odpowiedziały odmownie.
08:57, bartosz1981
Link
wtorek, 03 stycznia 2006
Tygrys ! ! !
Fotki
13:04, bartosz1981
Link
sobota, 31 grudnia 2005
Tygrys ! ! !

W połowie 1942 roku w zakładach Henschla rozpoczęła się seryjna produkcja czołgów PzKpfw VI (Sd Kfz 181) Ausf. H1 (później E) "TIGER". Pierwsze czołgi seryjne były prawie identyczne jak VK 4501(H), nieznacznie zmodyfikowano wieżę. Dodano zasobnik z tyłu wieży, umieszczono tam też dodatkowy otwór strzelniczy. Po modyfikacji otwór powiększono, tak aby stał się jednocześnie włazem ewakuacyjnym. Kilkakrotnie zmieniano też usytuowanie reflektorów. Zmieniono także typ stosowanej wieżyczki obserwacyjnej dowódcy czołgu wyposażonej w uchwyt do mocowania przeciwlotniczego karabinu maszynowego typu MG 34. Pierwsze czołgi "Tiger" miały na kadłubie umieszczone wyrzutniki min przeciwpiechotnych typu "S" i wyrzutnie pociski dymnych NbK 39 na wieży.  Czołgi późnych serii produkcyjnych miały montowany jeden reflektor umieszczony z przodu kadłuba między szczeliną obserwacyjną a karabinem maszynowym. Wczesne czołgi miały celownik dwuobiektywowy teleskopowy TZF 9c, zaś późniejsze jednoobiektywowy TZF 9b. Pierwszych 495 czołgów miało montowane też tzw. kominy powietrzne pozwalające na pokonywanie przeszkód wodnych (o głębokości do 4m) po dnie.

      Jedną z najważniejszych modyfikacji było zastosowanie w 800 ostatnich czołgach "Tiger" stalowych kół nośnych. Czołgi używane w trudnych warunkach terenowych miały montowane filtry powietrza typu Feifel. Czołgi "Tiger" posiadały dwa typy gąsienic: gąsienice transportowe o szerokości ogniw 520mm i gąsienice bojowe o szerokości 725mm. Stosowanie dwóch typów gąsienic było spowodowane przekroczeniem skrajni wagonowej. Do transportu "Tygrysy" miały demontowany rząd kół nośnych i zakładany inny typ gąsienic.

     Czołg napędzany był dwoma typami silników: pierwsze 250 czołgów typu Maybach HL 210P30 o mocy 478kW (650KM), zaś pozostałe czołgi Maybach HL 230P45 o mocy 515kW (700KM). Silniki Maybach zbudowane były  w układzie V. Były to dwunastocylindrowe, gaźnikowe, górnozaworowe, silniki rzędowe, chłodzone cieczą. Czołgi budowane od połowy 1943 roku miały dodatkowy peryskop ładowniczego. Ostatnie czołgi  "Tiger" miały zmodyfikowany hamulec wylotowy armaty 8,8cm KwK 36 L/56. Na wieży i kadłubie montowano zaczepy do mocowania dodatkowych ogniw gąsienic. Od połowy 1943 roku elementy czołgu były pokrywane Zimmeritem. 
      W 1942 roku zakłady Rheinmetall-Borsig opracowały nowy typ wieży z armatą  7,5cm KwK 42 L/70. Projektowano również przezbrojenie czołgów "Tiger" w armatę 8,8cm KwK 43 L/71. 
      W 1943 roku opracowano czołg dowodzenia oparty o standardowy czołg typu "Tiger". Czołgi dowodzenia posiadały zmniejszony zapas amunicji działowej. W miejsce amunicji montowano w wieży dodatkowe wyposażenie radiowe . Demontowano także sprzężony z działem karabin maszynowy MG 34. Czołg dowodzenia posiadał dwie anteny prętowe na kadłubie. Stosowano dwa typy wyposażenia radiowego, czołgi Sd Kfz 267 miały radiostację FuG 5 i FuG 8, zaś czołgi Sd Kfz 268 FuG 5 i FuG 7. Zbudowano 84 czołgi dowodzenia.
      Niewielką ilość czołgów PzKpwf VI "Tiger" Ausf. H1 (E) przebudowano na wozy pogotowia technicznego i ewakuacyjne. Czołgi Bergepanzer "Tiger" były pozbawione działa. Na wierzchu wieży montowany był dźwig o udźwigu 10 000kg. Mechanizm blokowy dźwigu napędzany był przez silnik czołgu.
      W 1945 planowano przebudowanie pewnej ilości czołgów na pojazdy uzbrojone w miotacze płomieni. Czołgi "Flammtiger" miały miotacz płomieni montowany w miejsce kadłubowego karabinu maszynowego.
 
      Czołgi "Tiger" nie były masowo eksportowane do innych krajów. Zasadniczą przeszkodą była mała produkcja nie pokrywająca własnego zapotrzebowania. Latem 1943 roku  dwa lub trzy czołgi "Tiger" zostały przekazane oddziałom włoskim. Po kapitulacji Włoch Niemcy zabrali czołgi. Latem 1944 roku armia węgierska otrzymała trzy "Tygrysy". Jeden czołg zakupiła Japonia, rozmontowany miał być wysłany do Japonii na pokładzie dużego okrętu podwodnego. Wyprodukowano 1345 czołgi typu PzKpfw VI "Tiger" Ausf. H1.
16:54, bartosz1981
Link
poniedziałek, 21 listopada 2005
Festung Oppeln


W nocy z 21 na 22 stycznia 1945 r. Johan Graf von Pfeil, dowódca twierdzy Opole, już wie, że nie utrzyma opustoszałego miasta. Zwiadowcy zameldowali mu właśnie, że oddziały szturmowe Armii Czerwonej zdobywają Kępę i Luboszyce.

Tymczasem obiecane posiłki nie nadchodzą. Von Pfeil dopala papierosa. Spogląda na zdobiący jego pierś Krzyż Żelazny, którym odznaczono go za udział w kampanii wrześniowej 1939 r. oraz w kampanii wschodniej. - To koniec - przyznaje i strzela sobie w skroń

Gdy 1 października 1944 r. zostaje mianowany przez samego fuhrera na dowódcę tzw. opolskiego rejonu umocnionego, wciąż wierzy, że zła dla Niemców karta jeszcze się w tej wojnie odwróci. - Jestem dumny, mein fuhrer, że wyróżniłeś mnie spośród grona generałów i wybitnych oficerów, powierzając dowództwo nad jednym z pięciu miast-twierdz - mówi odbierając nominację.

Miasta-twierdze mają przecież odegrać niezwykle istotną rolę w strategii przygotowanej przez Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych, która przewiduje zatrzymanie rozpędzonych sowietów na linii Odry, ostatniej naturalnej przeszkodzie przed Berlinem.

Festung Oppeln ma być jednym z tzw. Wellenbrecher (łamaczy fal), powstrzymujących impet ofensywy przeciwnika, wiążąc go w długotrwałe i wyczerpujące walki, uniemożliwiając jednocześnie łatwe forsowanie zamarzniętej rzeki. Pułkownik von Pfeil od chwili przybycia do Opola osobiście nadzoruje budowę umocnień na dwóch pierścieniach obrony. Zewnętrzny ma 80 kilometrów i sięga na północy po Turawę i Małą Panew. Na linii Szczedrzyk - Ozimek Niemcy wykorzystują naturalne przeszkody do stworzenia tzw. pozycji ryglowej. Najeżona zasiekami, okopami przeciwczołgowymi, transzejami i dwuosobowymi betonowymi bunkrami ma zatrzymać nacierające z Górnego Śląska oddziały 1. Frontu Ukraińskiego. - Nie żałować tu betonu ani żelastwa - instruuje budowniczych rygla. Wie, że przełamanie tej pozycji oznaczać będzie śmiertelne niebezpieczeństwo dla opolskiej twierdzy, gdyż wtedy będzie osiągalna dla wrogiej artylerii.

Tego pierścienia mają bronić trzy dywizje piechoty (nie licząc garnizonu opolskiego), dla których w wielu punktach przygotowano zapasy żywności i amunicji na pół roku.

W samym mieście, czyli tzw. pierścieniu wewnętrznym, linia obrony opiera się na zasiekach i schronach bojowych. Von Pfeil rozkazuje też przekształcić niektóre kamienice w silne punkty oporu, zabarykadować ulice przelotowe oraz zbudować dużo bunkrów i schronów przeciwlotniczych. Za wiaduktem kolejowym w okolicach dzisiejszej ul. Oleskiej buduje prowizoryczny pas startowy dla samolotów Luftwaffe.

Jednak z każdym tygodniem jego wiara w powodzenie misji maleje. - Pomimo mych ponagleń z Rzeszy wciąż nie nadchodzą środki na umocnienia pasa zewnętrznego, jak też obiecane uzbrojenie - skarży się swym podwładnym. Szczególnie niepokoi go brak niszczycieli czołgów, a przecież jasne jest, że Opole będą atakować doborowe gwardyjskie oddziały pancerne.

Operacja Frantic

Słabość obrony przeciwlotniczej miasta dobitnie uświadamia dowódcy Festung Oppeln nalot amerykański z 18 grudnia 1944 r. Ok godz.12.27 kilka bombowców typu Boeing B-17C i Consolidated B-24J Liberator pod osłoną myśliwców celuje prawdopodobnie w mosty na Odrze i zakład produkujący elementy czołgów oraz części do rakiet V1 i V2 (późniejsza Ofama).

Bomby trafiają jednak w domy mieszkalne na dzisiejszych ulicach Niedurnego, Topolowej, pl. Piłsudskiego, Książąt Opolskich, Piastowskiej, na Ostrówku i przy Odrowążów. Na Książąt Opolskich (Nikolastrasse 25) burzą hotel Hucha, w którym trwa przyjęcie weselne. Ginie ok. 40 osób.

Jedna z bomb uderza też w gmach rejencji (dziś pl. Wolności), uszkadzając skrzydło kasowe. Trafiony zostaje też gmach sądu krajowego (ul. Sądowa). Łącznie śmierć ponoszą 104 osoby, w tym ok. 40 robotników przymusowych, głównie Polaków.

Abwehra nie powiadomiła von Pfeila o planowanym nalocie, gdyż aliancka operacja powietrzna o kryptonimie "Frantic" nie przewidywała ataków na Opole. Celem nalotów, w których bierze udział ok. 400 bombowców, są zakłady produkcji paliw syntetycznych w Kędzierzynie i w Zdzieszowicach.

18 grudnia flota powietrzna, którą dowodzi generał brygady Charles W. Lawrence, ma szczęście. Celnie i szybko bombarduje zakład Schaffgotsch Benzin w Zdzieszowicach, w którym wg amerykańskich szacunków miesięcznie produkuje się 70 tys. ton paliw syntetycznych. Za ten sukces płaci Opole. Spadają na nie bomby, których nie trzeba już było zrzucać na Zdzieszowice.

Wsparcie nie nadejdzie

- Ogłosić stan podwyższonego pogotowia alarmowego - rozkazuje płk von Pfeil 14 stycznia 1945 r. Zwiad donosi bowiem o niezwykle szybkim rajdzie radzieckiej 3. Armii Pancernej Gwardii z rejonu Namysłowa ku Opolu. Dowódca 1. Frontu Ukraińskiego marszałek Iwan Koniew rozkazał jej zaatakować tyły niemieckiego zgrupowania górnośląskiego, które powstrzymuje w krwawych walkach przesuwanie się 5. Armii Gwardii. Ta ma za zadanie do 22 stycznia przeciąć drogi kolejowe i bite, prowadzące do Opola, oraz wziąć udział w zdobywaniu Festung Oppeln.

Pozycje wzdłuż zewnętrznego pierścienia obronnego muszą zająć jednostki garnizonu opolskiego. - Dowództwo Grupy Armii A nie przydzieliło nam obiecanych trzech dywizji. Nie ma skąd ich wziąć. Nie możemy już wygrać tej wojny - mówi gorzko do swego adiutanta von Pfeil.

Jedyne, co dowództwo mogło zrobić dla Opola, to rzucić przeciwko radzieckim pancernikom grupę operacyjną z ośmioma działami przeciwpancernymi. Grupa ta zmusza czerwonoarmistów do zmiany marszruty, ale nigdy już do Opola nie wraca.

Dla von Pfeila staje się wtedy jasne, że los miasta jest przesądzony. Z 10 tys. ludzi, jakich ma pod bronią, tylko część stanowią zaprawieni w bojach żołnierze (ok. 6 tys.). Reszta to żandarmi, ok. 500-osobowy batalion polskich granatowych policjantów wycofujących się z Generalnego Gubernatorstwa oraz bataliony Volkssturmu i obrony terytorialnej. Dowódca jest doświadczonym oficerem, wie, że w starciu z otrzaskanymi w bojach sowieckimi oddziałami liniowymi te jednostki będą bez szans.

Wszelkich złudzeń pułkownik pozbywa się 21 stycznia podczas narady w Opolu z udziałem ministra uzbrojenia i produkcji wojennej III Rzeszy Alberta Speera i dowódcy Grupy Armii A feldmarszałka Ferdinanda Schoernera. - Oppeln szybko padnie, jeśli nie przyślecie nam posiłków! - krzyczy von Pfeil. - Jednostki dowodzonej przeze mnie armii istnieją tylko w teorii - odkrzykuje feldmarszałek Schoerner. - Straciliśmy czołgi i broń ciężką.

Speer zapewnia dowódcę opolskiej twierdzy, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by lada dzień dotarły tu działa opancerzone i artyleryjskie. Tuż przed końcem narady do gabinetu wpada adiutant von Pfeila. - Rosyjscy zwiadowcy są na północnych przedmieściach - rzuca. Schoerner pośpiesznie wyjeżdża z Opola. - Rozkazuję ci bronić miasta do ostatniego żołnierza - słyszy na pożegnanie dowódca opolskiej twierdzy. Kilka godzin później Graf von Pfeil odbiera sobie życie w swej kwaterze (dziś budynek policji przy ul. Korfantego). Nazajutrz rano zostaje pochowany na cmentarzu przy dzisiejszej ul. Wrocławskiej.

Wycofujcie się

23 stycznia. Komendę nad garnizonem opolskim obejmuje generał artylerii Walter Hartmann. Ale sytuacja miasta-twierdzy jest już krytyczna. Oddziały radzieckiej piechoty zajmują Zakrzów i Wróblin. Tam dochodzi do pierwszych w okolicach Opola mordów, rabunków i gwałtów. Czerwonoarmiści biorą odwet za bestialstwo Niemców na wschodzie. Tragiczną ironią losu jest, że mszczą się na ludności śląskiej, głównie polskojęzycznej.

Groszowice szturmuje tymczasem batalion pancerny. Rubież Groszowice-Grotowice osiągają też wojska armii ogólnowojskowej oraz korpus pancerny. Od strony Olesna docierają do miasta związki korpusu pancernego oraz dwóch pułków piechoty. Miasto jest okrążone.

Hartmann próbuje jeszcze kontratakować. Dociera do niego łącznik z lewobrzeżnego Opola z wieścią, że w Komprachcicach właśnie rozładowano z pociągu dziewięć nowiutkich niszczycieli czołgów. - Niech przyjeżdżają do miasta. Skierować je do walki na ulice. Schnell! - rozkazuje.

Kolejny meldunek odbiera dowódcy twierdzy resztki nadziei na powodzenie tej akcji. - Oddziały burzące z Grupy Armii A bez powiadomienia nas wysadziły w powietrze oba mosty drogowe na Odrze [dzisiejszy Piastowski oraz u wylotu ul. Nysy Łużyckiej - red.] - donoszą Hartmanowi.

Z dowództwa armii nadchodzi nowy rozkaz: "W przypadku zaistnienia groźby okrążenia lub silnego naporu wojsk sowieckich wycofać się na lewobrzeżną część Oppeln i utrzymać je bezwarunkowo".

- Wycofujemy się za Odrę - rozkazuje Hartmann. Przenosi punkt dowodzenia do koszar na Półwsi. Nakazuje pozostałe w rękach niemieckich działa oraz niszczyciele czołgów ewakuować przez most kolejowy i most dla pieszych na Bolko.

Po zapadnięciu zmroku 23 stycznia mocno poturbowane w walkach o każdy dom w mieście jednostki dość sprawnie wycofują się na nową linię obrony. O północy wojska sowieckie okrążają centrum prawobrzeżnego Opola. O godz. 4 rano po tej stronie Odry nie ma już oddziałów niemieckich. Miasto płonie.

14:59, bartosz1981
Link
piątek, 14 października 2005
Ardeny 1944

Żołnierze amerykańscy oglądają uszkodzonego w Ardenach Jagdtigera.              

Pantera w malowaniu mającym upodobnić ją do czołgów amerykańskich.

Czołgi Tiger2 robiły duże wrażenie na żołnierzach amerykańskich.

Tiger2 mija kolumnę amerykańskich jeńców.

Tiger2 w Ardenach, grudzień 1944 rok.

 

10:18, bartosz1981
Link
Ardeny 1944

Ardeny, góry w Europie. Leżą na terytorium Belgii, Luksemburga, Francji i Niemiec. Najwyższy szczyt Botrange 694m. Zbudowane głównie z piaskowców, łupków i wapieni. Klimat umiarkowany, ciepły. Ardeny porośnięte są lasami i wrzosowiskami, liczne torfowiska. 

        

                   

    16 grudnia 1944 roku wyszła wielka kontrofensywa niemiecka. Dwadzieścia pięć dywizji, w tym siedem pancernych i jedna zmotoryzowana, ruszyło poprzez belgijskie Ardeny w pasie szerokości około stu kilometrów pomiędzy miejscowością luksemburską Echternach i miasteczkiem holenderskim Monschau. Ardeny, ogólnie biorąc nie wyższe od naszych Gór Świętokrzyskich, są jednak obszarem trudnym, o słabo rozbudowanej sieci połączeń drogowych, i dlatego zagęszczenie wojsk alianckich było tu słabsze aniżeli na innych odcinkach frontu. Plan kontrofensywy przewidywał sforsowanie Mozy i ponowne zdobycie Antwerpii. Uderzenie nastąpiło w okresie złej pogody i niskiego pułapu chmur, uniemożliwiającym interwencję samolotów alianckich. Tego rodzaju warunki zostały starannie wykalkulowane przez niemiecką służbę meteorologiczną, i trzeba przyznać, że choć raz rachuby meteorologów nie zawiodły. Niemieckie wozy bojowe, masa ponad tysiąca samych tylko czołgów ciężkich, wyłaniały się jak upiorne zjawy z mgły gęsto zaścielającej teren. I słusznie operacja otrzymała kryptonim ”Herbstnebel” (Jesienna mgła). Na obszarach ponownie najechanych wybuchła panika; miejscowi bali się niemieckiej zemsty. I mieli rację; za nacierającymi jednostkami wojska jechało gestapo. Nie zamierzało przepuścić nikomu, kto niedawno okazał sympatię aliantom.

   Kontrofensywą dowodził feldmarszałek von Rundstedt, niedawno wyrzucony z dowodzenia na Zachodzie. Hitler wierzył jednak w tego człowieka, przepędzał go na krótko, a potem znowu wzywał. Dobrze widać wyznawał się w charakterze tego wojskowego fachowca, absolutnie obojętnego na sens hitlerowskiej wojny.

   Zaskoczenie było zupełne. W dowództwach alianckich nie spodziewano się nie tylko przeciwdziałania w tych rozmiarach, ale w ogóle przeciwdziałania. Pierwsze wiadomości przyjęto w sztabie Eisenhowera z zupełnym spokojem. Przypuszczano, że chodzi tylko o nieco większego formatu dywersję niemiecką. Podobnie rozumował Bradley. Wkrótce miał zmienić zdanie. W swych pamiętnikach przyznał się uczciwie do wielkiej pomyłki.

   ”Nie była to ze strony Rundstedta dywersja taktyczna – pisał – w celu zatrzymania natarcia Pattona na Zagłębie Saary, lecz decydujące uderzenie, które miało przywrócić Niemcom inicjatywę na Zachodzie. Główny obiekt stanowiła Antwerpia, nieprzyjaciel rozumował bowiem, że jeśli odetnie nasze główne linie zaopatrzenia od tego portu, odizoluje cztery armie sojusznicze na północ od Ardenów. Chociaż Niemcy nie łudzili się nadzieją, na zwycięstwo na Zachodzie, to jednak liczyli na duże korzyści w wyniku strat poniesionych przez aliantów oraz dezorganizacji w ich szeregach. Gdyby kontrofensywa się powiodła, mogliby nasze natarcie na Zachodzie zatrzymać ostatecznie długo, aby przeciwstawić się Armii Czerwonej, która w tym czasie koncentrowała siły nad Wisłą. Co więcej, nieprzyjaciel liczył na psychologiczny efekt, jaki przeciwnatarcie wywrze na zrozpaczonej ludności niemieckiej. W miarę jak wojska sojusznicze zbliżały się do zdewastowanych bombardowaniami miast, ludność ta coraz lepiej uświadamiała sobie jaką katastrofą groziła im klęska. Czynnik moralny odegrał jednak w decyzji Niemców rolę raczej drugorzędną. Zaryzykowali oni swe topniejące zasoby przede wszystkim, aby uzyskać sukces strategiczny.”

   Autorem kontrofensywy w Ardenach był sam Hitler. Zakładał, że potężny cios wymierzony wojskom alianckim na Zachodzie obezwładni je na długi czas, pozwoli zwrócić się większością sił na Wschód, celem odparcia spodziewanej ofensywy radzieckiej, nade wszystko zaś umożliwi zyskanie czasu na przygotowanie i wprowadzenie do akcji ”cudownych broni”. Hitler wierzył w owe cudowne środki wygrania wojny i wyobrażał sobie, ze klęska w operacji ardeńskiej zmusi aliantów zachodnich do zawarcia odrębnego pokoju z odstąpieniem od kanonu bezwarunkowej kapitulacji. Jedynym realnym elementem w rozumowaniu Hitlera było przekonanie, że uderzenie na Wschód miałoby znacznie mniej szans. Uderzył więc na Zachód.

   Zaskoczenie było zupełne. Jego rozmiary uzmysławia najlepiej rozkaz dzienny Montgomery’ego, wydany dla jego wojsk właśnie 16 grudnia, w którym to rozkazie czytamy:” Nieprzyjaciel prowadzi w tej chwili na wszystkich frontach walki obronne. Znajduje się obecnie w takiej sytuacji, że nie może rozpocząć żadnych działań zaczepnych. Co więcej, za wszelką cenę musi zapobiec przechodzeniu wojny w fazę operacji manewrowych. Nie ma dostatecznych środków transportu, ani materiałów pędnych koniecznych do prowadzenia takiej wojny, a jego czołgi nie mogą w walce ruchowej współzawodniczyć z naszymi.”

   W Europie wielki wódz z kampanii afrykańskiej okazał się jak widzimy, bardzo złym prorokiem.

   Po drugiej stronie Rundstedt pisał w swym rozkazie dziennym: ”Stawiamy wszystko na jedną kartę. Nie wolno nam chybić”.

  Postawieniem na jedną kartę było między innymi użycie przez Niemców grupy żołnierzy przebranych w amerykańskie mundury i posadzonych na upodobnione do amerykańskich wozy bojowe. Grupa ta miała być wyrzucona przed własne linie z zadaniem wykonywania różnego rodzaju akcji dywersyjnych; w końcu kiedy nie udało się uzyskać od razu sprzyjających dla jej działań  warunków, użyto ją w natarciu na prawym skrzydle niemieckiego ugrupowania. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego przebrani żołnierze nie są już regularnymi żołnierzami i można ich, a nawet trzeba traktować jak zwyczajnych bandytów. Toteż wyłapanych przebranych w amerykańskie mundury Niemców prawdziwi Amerykanie rozstrzeliwali na miejscu. Ale nie od razu. Dopiero po rozejściu się wiadomości o mordzie dokonanym pod Malmedy na niemal stu jeńcach amerykańskich, których mordercy z nacierającej tu jednostki pancernej SS żywcem rozjeżdżali czołgami. Mord ten, nie jedyny zresztą,  wywarł wstrząsające wrażenie i w rezultacie znacznie usztywnił postawę żołnierzy amerykańskich.

   Oprócz przebierańców Niemcy zrzucili na alianckich tyłach pewną ilość spadochroniarzy we własnych już mundurach. Mnie zdołali wykonać żadnych poważnych zniszczeń, ale ich akcja wywołała w tych rzeczywiście nadzwyczajnych warunkach sporo zamieszania, i jak to określił gen. Skibiński, istną psychozę spadochronową. Patrole zatrzymywały na drogach dosłownie wszystkich i sprawdzały prawdziwą narodowość indagowanych przy pomocy pytań o znane tylko Amerykanom realia. Jeśli ktoś nie wiedział na przykład, kto jest aktualnym mężem znanej gwiazdy filmowej, narażał się na zatrzymanie i poważną stratę czasu. Niekiedy bardzo cennego, jak w przypadku dowódcy jednej z brygad pancernych, który na skutek poddania go szczegółowemu egzaminowi nie dojechał w porę na pole walki swych czołgów.

   Trzonem kontrofensywy były 6 armia pancerna SS, uderzająca ku Mozie i Stavelot, oraz 5 armia pancerna kierująca się na Bastogne. Na skrzydłach wyruszały ponadto dwie armie ogólnowojskowe. Od pierwszych dni tego niespodziewanego natarcia zaczynał niepokojąco rosnąć klin, rozszczepiający całe ugrupowanie alianckie na dwie części. 1 armia amerykańska, odcięta od macierzystej 12 Grupy Armii, została w tej sytuacji podporządkowana Montgomery’emu, i Bradley pozostał w gruncie rzeczy dowódcą Grupy Armii złożonej tylko z jednej armii, tzn. wojsk Pattona.

    W swych pamiętnikach Bradley notuje pytanie, jakie zadał szefowi oddziału rozpoznawczego, nanoszącego na mapie rozpoznane w walkach dywizje wroga: ”Ale skąd, u diabła, biorą te skurwysyny te wszystkie dywizje?”. Odpowiedź jest prosta: sztaby i jądra kadrowe zostały uratowane z Normandii. Tak mściła się na aliantach niedokładność w rozegraniu tamtej bitwy.

Jednym z newralgicznych punktów atakowanego przez Niemców obszaru była miejscowość Bastogne, bardzo ważny węzeł komunikacyjny. Zaparła się tu amerykańska dywizja pancerna, którą zdołano szybko wzmocnić elementami innej wielkiej jednostki, Krytyczną sytuację pomogła tu wyjaśnić dopiero 101 amerykańska dywizja powietrzno-desantowa. Obozowała teraz w dalekim od frontu Reims i wypoczywała prawdziwie po żołniersku. Jej żołnierzy ściągano w alarmie z kwater, knajp, domów prywatnych i mniej prywatnych; wsadzeni na ciężarówki w stanie często zupełnego zamroczenia, dobili do Bastogne 18 grudnia późnym wieczorem. Wytrzeźwiawszy dali Niemcom ciężkiego łupnia. Utrzymanie przez nich tej miejscowości poważnie skomplikowało plany Rundstedta.

   Przez kilka dni Rundstedt szedł rozpędem, wykorzystując zaskoczenie, chwilową bezradność Eisenhowera, nie posiadającego wystarczająco potężnych odwodów strategicznych ,oraz pogodę. Ale sprzyjająca Niemcom pogoda nie miała  trwać długo, w samą Wigilię, 24 grudnia 1944, przejaśniło się niebo i potężne formacje samolotów alianckich uderzyły na niemieckie zgrupowania i niemieckie linie komunikacyjne. Z kierunku zaś Saary nawracał już Patton z całą swą 3 armią, kierując się ku Bastogne. Natrafiwszy tam na zdecydowany opór, Niemcy ominęli tę miejscowość i parli dalej, ku Mozie. Lecz nie mieli zajść za daleko.

   Propagandziści hitlerowscy krzyczeli tymczasem na falach wszystkich niemieckich gazet o nadzwyczajnym sukcesie. Po raz pierwszy ludność niemiecka słuchała znowu ”Sondernmeldungen”, to jest nadzwyczajnych komunikatów, o zwycięstwach, o zdobytych miejscowościach i rozbitych oddziałach alianckich. Ruinami Kolonii przeprowadzono triumfalnie kilka tysięcy jeńców z amerykańskiej 106 dywizji piechoty. Speakerzy niemieckiego radia mówili już o Brukseli i napomykali o Paryżu. W istocie jednak niemiecki impet już 26 grudnia wyczerpał się pod Dinant, jeszcze dość daleko od Mozy.

   Już 21 grudnia Patton uderzał w kierunku odciętego Bastogne siłami dwu dywizji, w tym jednej pancernej. W Boże Narodzenie miał tam już sześć dywizji.

   26 grudnia amerykańska 2 dywizja pancerna zakończyła pod Dinant ciężki pojedynek z niemiecką 2 dywizją pancerną SS. ”Ogromna rzeźnia” – meldował dowódca dywizji amerykańskiej. Tego samego dnia 4 dywizja pancerna z armii Pattona przebiła się do sił otoczonych pod Bastogne.

   W sam dzień Nowego Roku 1945 lotnictwo niemieckie wysiliło się na dość poważną akcję przeciwko lotniskom alianckim. Ale straty alianckie w sprzęcie mogły być obecnie wyrównywane w ciągu dni, jeżeli nie godzin. Niemcy potrzebowali na to miesięcy, jeszcze gorzej wyglądała ich sytuacja w zakresie uzupełniania strat osobowych.

   W każdym razie w Ardenach nie zamierzali szybko rezygnować, był to przecież gra na jedną kartę. 2 i 3 stycznia maksymalną ilością rozporządzalnych sił natarli na Bastogne. Sam Patton zapisał w swym dzienniku pod datą 4 stycznia: ”Możemy jeszcze przegrać tą wojnę”. Zapis ten świadczy o stanach prawdziwej histerii, w jaką popadał niekiedy ów świetny dowódca. Ale świadczy też o walorze przede wszystkim psychologicznym niemieckiego natarcia w Ardenach.

  Również  w dzień Nowego Roku 1945 ruszyło niejako pomocnicze natarcie niemieckie w Alzacji. Miało obezwładnić Pattona. 5 stycznia nastąpiło uderzenie przez Ren na północ od Strasburga.

   12 stycznia wyszła ofensywa radziecka na Wiśle. Do końca stycznia w Ardenach przywrócono stan sprzed 16 grudnia. Straty niemieckie wyniosły tu około 120 000 ludzi, straty alianckie około 80 000. Ale straty niemieckie w sprzęcie i materiałach były już nieodwracalne.

10:10, bartosz1981
Link
Krzyże z roku 1939

Krzyże z roku 1939.

A: Großkreuz des Eisernen Kreuzes
B: Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes mit Eichenlaub
C: Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes mit dem Eichenlaub mit Schwertern
D: Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes mit dem Eichenlaub mit Schwertern und Brillanten
E: Eisernes Kreuz 1. Klasse
F: Eisernes Kreuz 2. Klasse
G: Wiederholungsspange für das Eiserne Kreuz 1. Klasse 1914
H: Wiederholungsspange für das Eiserne Kreuz 2. Klasse 1914
I: Deutsches Kreuz in Silber
J: Deutsches Kreuz in Gold
K: Eichenlaub zum Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes
L: Eichenlaub mit Schwertern zum Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes 
 

09:57, bartosz1981
Link
'Eisernen Kreuz' czyli 'Żelazny Krzyż'

Nie ma chyba na świecie armii, dla której państwo nie ustanowiłoby najwyższego odznaczenia wojskowego. Taki medal jest jednym z najważniejszych odznaczeń państwowych i jest nadawany według rang i znaczenia czynów dokonanych na polu walki lub poza nim, ale mających związek z prowadzeniem wojny. W wypadku Polski jest to Krzyż Virtuti Militari, Wlk. Brytanii - Krzyż Wiktorii, a w wypadku Niemiec - Krzyż Żelazny. I właśnie o tym ostatnim traktuje niniejszy artykuł.

        Order ustanowiono 10 marca 1813 r. jako odznaczenie wojenne dla ludzi, których król prowadził wojnę przeciwko Francji Napoleona. Zaprojektował go Karl Friedrich Schinkel ( 1781-1841 ). Ten niemiecki architekt i malarz dał m.in. początek takim przedsięwzięciom jak Werderche Kirche w Berlinie, zamek w Kamieńcu Ząbkowieckim czy przebudowa zamku w Kórniku. 

         Utworzono trzy rodzaje medalu:

-      Krzyż Żelazny II klasy ( das Eisernes Kreuz II. Klasse )

-      Krzyż Żelazny I klasy ( das Eisernes Kreuz I. Klasse )

-      Wielki Krzyż Orderu Żelaznego Krzyża ( das Grosskreuz des Eisernen Kreuzes )

        Nadano mu następujący wygląd. W środku znajdowały się skrzyżowane 3 liście dębu. W górnej jego części umieszczono inicjały panującego wówczas króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III ( FW ). U dołu umieszczono rok przystąpienia Prus do koalicji antyfrancuskiej. Rewers pozostał ‘czysty’. Nie posiadał żadnych symboli. Początkowo planowano, że medal będzie zupełnie czarny. Stwierdzono jednak, że przyda mu się srebrna obwódka. Uzasadniano to potrzebą dostrzeżenia go w ciemności. Kolory wstążki i tasiemki odpowiadały barwom narodowym Prus. Na przemian pionowo umieszczono dwa cienkie pasy, odpowiednio: czarny i biały, następnie szeroki czarny i znowu dwa cienkie: biały i czarny. Wersja niekombatancka miała barwy ułożone w odwrotnej kolejności. KŻ II klasy noszono za pomocą wstążki, I klasy dzięki zapięciu a najwyższy WKŻK za pomocą tasiemki przy szyi. Bardzo często żołnierze nosili głównie samą wstążkę KŻ II klasy przewiązaną przez środkowy otwór do guzika w mundurze. Tradycja ta przetrwała do drugiej wojny światowej. Z powodu zapięcia  I klasa nie posiadał rewersu. Rozmiarem był identyczny w stosunku do II klasy. WKŻK był wyraźnie większy.

        W czasie wojny z Napoleonem od 1813 do 1815 r. nadano 16.131 KŻ II klasy, 668 I klasy i 5 WKŻK. Pierwszym żołnierzem, który otrzymał Krzyż II klasy był major von Borcke z 1. Pomorskiego Pułku Piechoty, 2 kwietnia 1813 r. Pierwszy Krzyż I klasy został nadany 17 kwietnia 1813 r. porucznikowi von Helwigowi z 9. pułku huzarów. Pierwsza kobieta otrzymała KŻ 3 czerwca 1814 r. w  wieku 25 lat. Była nią plutonowa Auguste Friederike Krüger. Pierwszym kawalerem WKŻK był feldmarszałek Gebhard Lebrecht Blücher von Wahlstatt. Także specjalnie dla niego w uznaniu jego zasług utworzono specjalną odmianę: Złotą Gwiazdę orderu Żelaznego Krzyża ( Eisernes Kreuz mit Goldenen Strahlen ). Otrzymał ją po zwycięstwie pod Waterloo. Było to swego rodzaju okucie do najwyższego odznaczenia wojennego Prus. Drugi taki przypadek miał miejsce w 103 lata później. Podczas I wojny światowej jako drugi i ostatni otrzymał gwiazdę feldmarszałek Paul von Beneckendorff und von Hindenburg. Obie nazywano odpowiednio: ‘Bluecherstern’ i ‘Hindenburgstern’.

           Co ciekawe w historii  miał być jeszcze jeden kawaler Złotej Gwiazdy. Specjalnie dla tej osoby ją przygotowano i przetrwała ona do dziś. Tą osobą był nie kto inny tylko sam marszałek Rzeszy Herman Goering. Miał ją otrzymać za zwycięstwo Luftwaffe w bitwie o Brytanię w 1940 r.

                Nikt nie myślał, że odznaczenie będzie jeszcze kiedyś reaktywowane. Było stworzone z myślą o wojnie z Napoleonem. Historia jednak chciała inaczej. Zresztą Prusacy znowu walczyli z Napoleonem, tylko że III w wojnie francusko- pruskiej lat 1870-71. Podczas jej trwania nadano 43.242 KŻ II klasy, 1.319 I klasy i 9 WKŻK. Wśród kawalerów tego ostatniego znajdowali się między innymi cesarz Wilhelm I i feldmarszałek hrabia Helmuth von Moltke. Na awersie nowego medalu umieszczono w centrum literę ‘W’ od imienia cesarza, u góry koronę, zaś u dołu rok 1870 ( początek wojny ). Rewers był identyczny w stosunku do awersu z 1813 r.

       Trzecim przełomowym konfliktem była I wojna światowa, podczas której trwania udekorowano 5.196.000 żołnierzy KŻ II klasy, 218.000 I klasy i 5 WKŻK. Jedyną ważniejszą różnicą w stosunku do odznaczenia z poprzedniej wojny było umieszczenie na awersie roku 1914.

       Dotąd istniały trzy odmiany medalu. Jednakże z dniem rozpoczęcia II wojny światowej na rozkaz wodza III Rzeszy utworzono Krzyż Rycerski Orderu Żelaznego Krzyża                           ( Ritterkreuz des Eisernen Kreuzes ). Wypełnił on lukę pomiędzy KŻ I klasy a KWŻK. Miał ogromne znaczenie propagandowe. Nadawano go wyłącznie żołnierzom - najczęściej i najchętniej tym z elitarnych jednostek. O jego przyznaniu informowano w najważniejszych gazetach i urządzano ceremonie. Wydawano nawet pocztówki przedstawiające kawalerów tego prestiżowego orderu.

       Hierarchia medali przez całą wojnę ukształtowała się następująco:

-          KŻ II klasy

-          KŻ I klasy

-          KRŻK ( RK - ustanowiony 1.IX.1939 r. )

-          Liście Dębu do KR ( Eichenlaub zum RK - ust. 8.VII.1940 r. )

-          Miecze do Liści Dębu KR ( Eichenlaub mit Schwertern zum RK - ust. 21.VI.1941 r. )

-          Brylanty do Liści Dębu z Mieczami KR ( Eichenlaub mit Schwertern und Brillanten zum RK - ust. 15.VII.1941 r. )

-          Złote Liście Dębu z Brylantami i Mieczami KR ( Goldenen Eichenlaub mit Schwertern und Brillanten zum RK - ust. 29.XII.1944 r. – planowano nadanie 12 osobom, ale ostatecznie jedynym kawalerem był płk Hans Urlich Rudel )

-          WKŻK ( nadany tylko Goeringowi za pokonanie lotnictwa Francji )

        Warto przy tej okazji zaznaczyć, że 28.IX.1941 r. ustanowiono Niemiecki Krzyż w Złocie i Srebrze ( Deutsches Kreuz in Gold / Silber ). Oba odznaczenia były noszone za pomocą zapięcia na prawej kieszeni munduru. Chociaż źródło niemieckie podaje, że nie należy uznawać ich w hierarchi omawianego medalu to jednak powszechnie przyjmuje się, że znajdują się pomiędzy KŻ I klasy a KR. Złoty Krzyż, podobnie jak pozostałe medale, otrzymywali żołnierze za szczególne akty odwagi, które jednak nie były godne wyróżnienia KR. Natomiast Srebrny Krzyż często przyznawano za wybitną służbę dowódczą.

        Żródła często nie są zgodne co do ilości nadań. Generalnie można przyjąć, że w okresie II wojny światowej nadano ok. 3.000.000 Krzyży II klasy i ok. 450.000  I klasy. Krzyży Rycerskich nadano 7.361. Liści Dębu nadano w sumie 890, Mieczy do Liści Dębu nadano razem 160, a Brylantów 27.

        W ostatnim największym konflikcie ludzkości wygląd najwyższego niemieckiego odznaczenia uległ wyraźnej zmianie. Przede wszystkim zlikwidowano wszystkie symbole władzy monarszej. W centrum awersu umieszczono swastykę co spowodowało dosyć wyraźne pogrubienie sylwetki. U dołu umieszczono rok rozpoczęcia wojny: 1939. Na rewersie pozostał jedynie u dołu rok 1813 jako przypomnienie początku tradycji tego medalu. Ostatecznie I i II klasa miały średnicę 44 mm, KRŻK miał 48 mm a WKŻK rozciągał się na szerokość 63 mm. Na wstążce i tasiemce szeroki pas czerni został zastąpiony czerwonym. Hitler tłumaczył to usymbolizowaniem przelanej niemieckiej krwi podczas I wojny światowej. Przy okazji otrzymane kolory ( czarny, biały i czerwony ) stanowiły barwy narodowe Niemiec nazistowskich. Władze nie ustanowiły niekombatanckiej wersji KŻ. Ustanowiono jednak Wojenny Krzyż Zasługi   ( Das Kriegsverdienst Kreuz ), którego barwy wstążki były dokładnie odwrotnie ułożone w stosunku do KŻ. W ten sposób nawiązano do tradycji odwrotności ułożenia czarno-białych pasków na wersji niekombatanckiej z poprzednich wojen.

       Medal dostawali między innymi żołnierze za wybitne akty odwagi i niebywałe osiągnięcia na polu walki. O nadanie występował dowódca oddziału. W zależności od wielkości i wyjątkowości osiągnięcia można było zostać osobiście udekorowanym przez generała, marszałka a nawet samego Hitlera. Żołnierze za własne pieniądze zakupowali często oficjalną kopię, którą nosili a oryginał przechowywali w bezpiecznym miejscu nie narażając go na zniszczenie.

. Wszelkim służbom mundurowym jak: strażakom, policjantom, kolejarzom, członkom HJ, kobietom z formacji pomocniczych przysługiwały I i II klasa. Oczywiście najważniejsze nadania obejmowały wyższych dowódców za osiągnięcia w dowodzeniu i planowanie zwycięskich bitew.  

       Dla weteranów I wojny światowej, którzy zostali odznaczeni KŻ I lub II klasy ustanowiono okucie ( Wiederholungsspange ) w postaci rzymskiego orła ze swastyką    ( hoheitszeichen ) i datą: 1939 u dołu. Weteran, który nosił KŻ z I wojny po przyznaniu mu kolejnego tej samej klasy już w II wojnie otrzymywał go, ale mógł nosić ‘pierwszowojenny’ z okuciem. W wypadku drugiej klasy okucie było noszone na wstążce. Przy I klasie noszono je nad odznaczeniem. 

         Do końca I wojny światowej KŻ I klasy, a tym bardziej WKŻK był nadawany tylko i wyłącznie oficerom i wyższym dowódcom. Ci zaś zazwyczaj wywodzili się z szeregów dumnej pruskiej szlachty z przedimkiem ‘von’ poprzedzającym nazwisko. Pozostali mogli liczyć na wyróżnienie II klasą. Co ciekawe Hitler był jednym z dość nielicznych wyjątków w dziejach I wojny, który został odznaczony I klasą nie będąc oficerem czy szlachcicem. Można to dostrzec na bardzo licznych zdjęciach. Stało się tak dzięki poparciu i znajomościom jego sierżanta z wojska Maxa Amanna, który zresztą później będzie wydawał jego książkę.

        Już jako wódz III Rzeszy Hitler głosił konieczność zatarcia wszelkich różnic wynikających z urodzenia i poczucia dumy szlacheckiej. Znalazło to właśnie odzwierciedlenie w nowej formie promocji i wyróżnień. Zmieniono możliwości przyznawania odznaczeń. Nie liczyło się pochodzenie, urodzenie, zamożność, wykształcenie, a nawet stopień. I tak zdarzyło się, że świeżutki Krzyż Rycerski zadyndał pod szyją dziewietnastoletniego szeregowca Afrika Korps Guenthera Halma, który zniszczył zdobyczną sowiecką armatą p-panc kalibru 76,2 mm 9 brytyjskich czołgów w trakcie jednego starcia ( ! ).  

          Oficerowie i wyżsi dowódcy byli odznaczani kolejnymi ‘okuciami’ do KR.

Najwyższą odmianą KR wyróżniony został ulubieniec Hitlera i as wśród pilotów ‘Stukasów’, pułkownik Hans Ulrich Rudel. Podczas wojny zniszczył ponad 500 czołgów, głównie sowieckich w tym 30 mając już jedną nogę ( ! ), 150 dział różnego rodzaju i ok. 1000 innych celów, w tym samolotów na ziemi. Miał nawet na koncie sowiecki krążownik, niszczyciel i pancernik ‘Marat’ trafiony bombą w komin w samo centrum jego wnętrza. Ciężko uszkodził również pancernik ‘Rewolucja Październikowa’. Strącił 11 samolotów a sam zestrzelony 30 razy ( ! ) wracał zawsze do swoich. Rosjanie wysłali za nim list gończy rodem z westernów w stylu: żywy lub martwy, wysoka nagroda. Hitler mówił o nim nawet jako o swoim przyszłym następcy. On jednak latał jeszcze do samego końca wojny z drewnianą protezą nogi i dyndającym przy szyi KR ze Złotymi Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami. Takiego odznaczenia nie mieli nawet feldmarszałkowie.

          Po wojnie dopiero w 1957 roku rząd niemiecki przyznał prawo do noszenia Krzyża, ale bez symbolu swastyki. Zastąpiono ją trzema skrzyżowanymi liśćmi dębu.

          Kiedy ustanawiano medal w roku 1813 nikt nawet nie myślał, że zostanie jeszcze kiedyś wykorzystany i to na taką skalę. Wtedy Niemcy walczyli z agresorem i potrzebowali jakiegoś symbolu swojego męstwa i poświęcenia. Natomiast we wszystkich kolejnych wojnach walczyli już sami w roli Napoleona a medal pozostał ten sam. Bez wątpienia jest to jeden z najbardziej znanych i charakterystycznych symboli walki o dominację, hegemonię i wielkość. Dla wielu ludzi może głównie dzięki filmom będzie się kojarzył ze złem nazizmu. Będzie też skłaniał do refleksji jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek, aby dostać kawałek świecącego metalu.   

09:52, bartosz1981
Link
Ciekawostki

W pierwszych 6 miesiącach wojny Związek Sowiecki w walkach z armią niemiecką stracił 17,5 tysiąca czołgów. Było to głównie spowodowane błędnymi decyzjami sowieckiego dowództwa oraz bardzo słabym wyszkoleniem żołnierzy radzieckich, np. mechanicy czołgowi przed wyruszeniem na front przechodzili tylko półtoragodzinne kursy obsługi czołgu.

Na froncie zachodnim PzKpfw V "Panther" miały dużą przewagę nad czołgami alianckimi. Trzy bezpośrednie trafienia z działa 76,5mm czołgu Sherman musiała otrzymać Pantera, aby zostać powstrzymana. Podczas walk z Shermanami dochodziło do "zabawnych" sytuacji. 17 stycznia 1945 roku Pantery z 10 SS D.P. "Frundsberg" napotkały pod miejscowością Herlishein amerykańskie Shermany. Po kilkunastu minutach płonęło kilka Shermanów, a pozostałe się poddały. Okazało się, że Amerykanie opracowali instrukcję, w której zabraniali swoim czołgistom walki na krótkie dystansy z Panterami.

13 czerwca czołgi z 101 sSSPzAbt z Dywizji Pancernej SS "Liebstandarte Adolf Hitler" zaatakowały pozycje 7 Brytyjskiej Dywizji Pancernej. Do ataku doszło na linii Villera-Bocage, niemieccy czołgiści prowadzeni byli przez Obersturmfuhrera Michaela Wittmanna. Cztery niemieckie Tygrysy dosłownie rozszarpały angielskie Cromwelle, po dwudziestu minutach na placu boju pozostało dwadzieścia pięć palących się angielskich czołgów.

W 1943 roku Hitler zażądał decydującego zwycięstwa w centrum radzieckiego frontu. Zdobycie Charkowa przez marszałka polnego von Mansteina spowodowało utworzenie na froncie wielkiego łuku. Operacja "Cytadela" miała na celu otoczenie i zniszczenie dwóch radzieckich grup armii stacjonujących w rejonie Kurska. 9 Armia generała Modela rozmieszczona na północ od Kurska i 4 Armia Pancerna generała Hotha na południu miały do dyspozycji 900 000 żołnierzy, 2 700 czołgów, 10 000 dział  i 1 850 samolotów. Wolne gromadzenie sił przez Niemców pozwoliło marszałkowi Żukowowi, który otrzymał ostrzeżenie grupy szpiegowskiej "Lucy", na zebranie jeszcze większych sił. Dookoła Kurska, chronionego przez 8 pierścieni pól minowych oraz działa przeciwpancerne, generałowie Rokossowski i Watutin (z armią generała Koniewa w rezerwie) zgromadzili 1 300 000 żołnierzy, 3 600 czołgów, 20 000 dział oraz 2 400 samolotów. Niemcy natarli 5 lipca. Atak poprzedził potężny ogień artyleryjski, który jednak dotarł tylko do zewnętrznych radzieckich linii frontu. Sowieccy kanonierzy obsługujący działa przeciwpancerne odkryli, że potężnie opancerzone czołgi "Panther" i "Tiger" miały z tyłu słaby punkt. Szturmowy samolot IŁ-2 zwany "Sztormowik", wyrządził duże szkody niemieckim związkom pancernym, podczas gdy samoloty myśliwskie Jak-9 walczyły z samolotami Luftwaffe. 12 lipca zwarło się ze sobą 1 300 czołgów. Starcie zbrojne pod Kurskiem było uważane za najwiekszą bitwę pancerną świata (do czasu wojny arabsko-izraelskiej w 1973 roku). Żukow sięgnął po rezerwy. Niemcy zostali odparci, tracąc przeszło połowę sprzętu pancernego i samolotów oraz około 100 000 żołnierzy. Straty po stronie radzieckiej były równie wysokie, ale ostatnia wielka ofensywa niemiecka na wschodnim froncie została złamana i odparta. Na podstawie: "II wojna światowa" R. O'Neill

Niemcy, szczególnie w początkowym okresie wojny, zdobyli duże ilości sprzętu pancernego. Wszystkie sprawne technicznie pojazdy były wcielane do jednostek Wehrmachtu, Waffen SS, Luftwaffe czy jednostek policyjnych. 

Order Czerwonej Gwiazdy dostawał w Armii Czerwonej każdy, kto zniszczył choć jeden niemiecki czołg. Dla dowódców radzieckich ordery były najważniejsze. Radziecki żołnierz mógł być głodny, ale zaraz po walce musiał otrzymać order. Gdy w nocy 26 października 1941r. szef oddziału kadr 64 Armii zgubił walizkę z 40 orderami, poinformowano o tym zdarzeniu samego Stalina. Na Kremlu powstało takie zamieszanie, jakby zaginęły co najmniej tajne plany obrony Moskwy. Stalin osobiście wydał rozkaz odnalezienia walizki z orderami. Znalazła się po dwóch dniach. Brakowało tylko jednego orderu, mimo to pechowy szef oddziału kadr został rozstrzelany.

W początkowym okresie wojny z Niemcami Stalin nazywał swoich generałów idiotami z powodów ponoszonych przez nich klęsk. Sowieccy dowódcy faktycznie bili rekordy głupoty - byli niedoświadczeni; starą kadrę Stalin wcześniej sam wykończył. Jednym z najbardziej drastycznych przykładów głupoty był epizod bitwy nad Donem, gdy przeciwko niemieckiej 16 Dywizji Pancernej wysłano 3 bataliony absolwentów szkoły oficerskiej, którym nie wydano nawet broni. Dowodzący atakiem oficer, już w niewoli opowiadał, że protestował przeciwko wysyłaniu na front nieuzbrojonych żołnierzy, ale został zrugany przez pijanego generała jako "dekownik i dywersant".

Stalin długo nie przyjmował do wiadomości rozmiarów klęski Armii Czerwonej w wojnie z Niemcami. 5 października 1941 roku pilot samolotu powiadomił, że na drodze w odległości 180 km od Moskwy posuwa się na wschód kolumna hitlerowskich czołgów. Nikt w to nie uwierzył i wysłano drugi samolot. Kiedy pilot potwierdził ten meldunek, wysłano kolejny samolot. Trzeci pilot również poinformował o długiej na kilkanaście kilometrów kolumnie wojsk niemieckich. Na rozkaz Berii aresztowano trzech pilotów za "rozpowszechnianie paniki". Wszyscy zostali rozstrzelani, a niemieckie czołgi niemal doszły do Moskwy. 

"Złota myśl": "Czołg to czysty kaprys!" - generał sir Louis Jackson w 1916 roku. 

Pancerz Tygrysa, wykonany ze szlachetnej stali, był tak twardy, że pociski często pękały po trafieniu. W takiej sytuacji zdarzało się, że od wewnętrznej strony, przy dostatecznie dużej sile uderzenia, odrywały się kawałki stali i raziły załogę. Uczestnik walk w Normandii wspominał, że Tygrys ostrzelany z małej odległości, przez 3 Shermany, nagle zatrzymał się i przerwał ogień. Na jego pancerzu nie było śladów przebicia; po zajęciu terenu przez piechotę okazało się, że czołg był nie uszkodzony, ale cała załoga została wybita odpryskami pancerza.

09:30, bartosz1981
Link
czwartek, 13 października 2005
Cichy myśliwy cd

Torpedy

Podczas trwania Drugiej Wojny Światowej niemiecka Kriegsmarine miała do swojej dyspozycji ponad 35 różnych typów torped (część z nich opracowana jeszcze przed wybuchem wojny), które wykorzystywane były przez okręty nawodne, podwodne, miniaturowe okręty podwodne i jednostki specjalne.

Były to następujące typy torped:
- 6 o napędzie cieplnym z czterocylindrowym silnikiem napędowym, który był zasilany mieszaniną parogazową,
- 19 o napędzie elektrycznym z różnymi źródłami zasilania,
- 12 napędzanych turbiną Waltera,
- 1 z silnikiem o obiegu zamkniętym,
- 1 o napędzie odrzutowym.

Większość torped dostosowana była do standardowych wyrzutni niemieckich, i miała następujące wymiary:
- długość: 7,163 m,
- kaliber: 534,6 mm.

Próby z poszczególnymi typami torped przeprowadzano do 1940 roku w Trewemünde oraz w pobliżu Eckenförde. Następnie badania przeniesiono do Gdyni (Torpedoversuchanstalt - TVA - Gotenhafen - Zakłady Doświadczalne Torped, Gdynia). W Babich Dołach, oddalonych o 7 km od centrum miasta, powstało spore zaplecze lądowe poligonu, składające się z montowni torped, warsztatów, budynków socjalnych, budynków dla 1500 Ukraińców zatrudnionych przy pracach budowlanych, itp. Stanowisko do strzelań torpedowych (torpedownię) wybudowano w odległości 300 m od brzegu na głębokości 7 m i połączono je długim pomostem z brzegiem. W połowie tego pomostu, od strony południowej, zbudowano przystań dla małych frachtowców i poławiaczy torped. U nasady tego pomostu usytuowano centralę energetyczną, agregaty prądotwórcze oraz trzy kompresory z zespołem butli sprężonego powietrza. Stanowisko strzelań, nazywane potocznie torpedownią, było połączone z innymi obiektami trasą szynową kolejki wąskotorowej, która przewoziła torpedy i inne ciężkie elementy. Trasa ta biegła wzdłuż brzegu, miejscami na lądzie, a miejscami na palach wbitych w dno, aż do Oksywia, gdzie obok portu wojennego powstał podobny obiekt - torpedownia dla prób torped okrętowych (torpedownię w Babich Dołach przejęła Luftwaffe, ze względu, że większość testowanych w późniejszym okresie torped, stanowiły torpedy lotnicze). Torpedy wystrzeliwano ze stacjonarnych wyrzutni zamontowanych na zewnątrz i wewnątrz budynku torpedowni. Badano tu prędkość torped, ich zasięg oraz uchylenia od wyznaczonego kursu. Od stycznia 1945 roku nastąpiła stopniowa ewakuacja urządzeń i personelu poligonu TVA.

W chwili wybuchu wojny miesięczna produkcja torped wynosiła około 90 sztuk. Produkowano następujące typy:
- TI G7a - przez firmy DWK oraz Louis Schwartzkopff BMAG,
- TII G7e - przez firmę Pintisch.

Z zatwierdzonych w czasie wojny planów, produkcja miała się zwiększyć do liczby 1200 sztuk miesięcznie pod koniec roku 1941 - a głównym typem produkowanej torpedy miała być torpeda elektryczna G7e.

Kampania w Norwegii ukazała jak wiele niedociągnięć posiadały pierwsze typy torped, które nie były przygotowane do prawidłowej pracy w rejonach silnych anomalii magnetycznych. Detonacja albo nie następowała, bądź też następowała zbyt wcześnie. Sprawa była na tyle poważna, że w tej sprawie przeprowadzono dochodzenie.

Proces odbył się 21 maja 1941 roku, a oskarżonymi byli:
- dr inż. Paul Schreiber - pracownik TVA - skazany na 9 miesięcy więzienia,
- dr inż. Max Rothemud - pracownik TVA - skazany na 1,5 roku więzienia,
- kontradm. Oskar Wehr - kierownik TVA - skazany na 2,5 roku więzienia,
- wiceadm. Friedrich Götting - inspektor broni torpedowej - uniewinniony.

Cały proces miał bardziej charakter propagandowy, i jego celem było przestrzeżenie pozostałych konstruktorów do bardziej odpowiedzialnej pracy - gdyż nie można tego wykluczyć - że gdyby nie niepowodzenia z torpedami podczas Kampanii Norweskiej, niemiecka Kriegsmarine mogła zadać poważne straty siłom aliantów. Po przeprowadzeniu wnikliwych badań stwierdzono, że gdyby torpedy nie zawiodły, uzyskano by następujące trafienia:
- 1 na 4 ataki na pancernik,
- 7 na 12 ataków na krążowniki,
- 7 na 10 ataków na niszczyciele,
- 5 na 5 ataków na transportowce.



W przedziale dziobowym okrętu podwodnego znajdowała się główna bateria ogniowa: cztery wyrzutnie torpedowe (dla jednostki typu VII C), będące standardowym uzbrojeniem wszystkich U-Bootów. Znajdowało się tam 10 torped: cztery w wyrzutniach i sześć zapasowych, z których dwie znajdowały się w pomieszczeniach górnego pokładu oraz cztery w zęzach. Przedział służył także jako punkt dowodzenia kierującego strzelaniem torpedowym oficera oraz pomieszczenie mieszkalne 24 marynarzy i mechaników. Dzielili się oni dwunastoma hamakami i kojami, w których spali na zmianę w zależności od pełnionych wacht. Posiłki spożywali na małych składanych stolikach, siedząc na dolnych kojach. Pomieszczenie było tak zatłoczone torpedami, urządzeniami i ludźmi, że nie można było stać w pozycji wyprostowanej, a poruszanie było możliwe z wielkim trudem. Przedział dziobowy był dodatkowo wystawiony na najcięższe uderzenia fal.

W przedziale rufowym znajdowała się pojedyncza wyrzutnia torped (we wczesnych wersjach U-Bootów zewnętrzna, a w kolejnych typach wewnętrzna) z zapasową torpedą znajdującą się pod płytami pokładowymi (dla jednostki typu VII C).

Do wystrzeliwania torped z wyrzutni torpedowych wykorzystywano system powietrzny (we wczesnych typach okrętów podwodnych prochowy z ładunkiem czarnego prochu o masie ok. 1,4 kg), który nadawał torpedzie prędkość początkową do 16 m/s.

Dbanie o torpedy na okręcie podwodnym polegało w głównej mierze na częstych przeglądach i ciągłej ich konserwacji. Gotowe do strzału torpedy, raz na cztery bądź pięć dni były z powrotem wyciągane z wyrzutni torpedowych i poddawane bardzo szczegółowemu przeglądowi - co zajmowało przeważnie cały dzień ciężkiej pracy.


Image

Żyroskop z komorą rozprężną - stosowany w torpedach typu G7e


Image

Żyroskop z turbinką rozruchową


Image

Zapalnik magnetyczno-uderzeniowy Pi4


Image

Zapalnik magnetyczno-uderzeniowy Pi4


Image

Zapalnik uderzeniowy z mechanizmem kardanowym


Image

Czujniki i wiercik zapalnika Pi4


Image

Ładowanie torpedy pod pokład do przedziału torpedowego


Image

Załadunek torpedy


Image

Przegląd torpedy


Image

Przegląd torped


Image

Posiłek w przedziale torpedowym


Image

Dziobowy przedział torpedowy


Image

Odpoczynek marynarzy w przedziale torpedowym


Image

Przekazanie torpedy na inny okręt podwodny


Image

Transport torpedy


Image

Skład torped w magazynie


Image

Torpedownia Eckenförde


Image

Torpedownia Babie Doły (Hexengrund)


Image

Torpedownia Babie Doły (Hexengrund)

08:50, bartosz1981
Link
 
1 , 2